Cisza, która dotyka
03.04.2025

Widzieć, patrzeć, spoglądać, zerkać, podpatrywać. Wzrok. To dzięki niemu moje życie przeżywa najintensywniejsze chwile. Wzrok to dla mnie życie na szóstym biegu. Mogę spokojnie delektować się światem zewnętrznym, w jednostajnej, bezpiecznej prędkości. Utrata wzroku, podobnie jak zredukowanie biegu do jedynki, zmienia całkowicie perspektywę. Z drugiej strony nie można być stronniczym. Dlaczego nie docenić słuchu? To tak, jakby przesiąść się do powozu, który ciągną konie. Nie ma tej szybkości i adrenaliny, jednak wsłuchiwanie się w tętent kopyt, niezwykle wycisza i odpręża. Poza tym, zamiast obserwować mogę skupić się na słuchaniu dzieł natury. Wcześniej, kiedy patrzyłam na rzekę wydawała się milkliwa, a teraz słuchając, wydobywam z niej, nawet pojedyncze krople. Kiedy pada, woda potrafi być kapryśna, ulewa się jak u małego dziecka niechciany pokarm. Brodząc po kostki, czułam jak pragnie zawładnąć dla siebie coraz większy obszar. Kiedy docieram do lasu, tam odbywa się cała symfonia. Od razu słychać, że liściaste czują wyższość nad iglastymi. Buk i brzoza lubią muzykę instrumentalną. Pieszczą własne liście wykorzystując wiatr, który pędząc nad morze dzieli się z nimi powietrzem. Ptaki wyśpiewują tylko im znane utwory, nie dzieląc się z nikim nutami. Podsłuchując ich czuję się jakbym weszła bez biletu na koncert, który przygotowywany był dla wyjątkowej widowni. W lesie nie muszę zważać na szlaki, których nie widzę, dzięki temu mogę dotykać do woli drzew, które bronią wejścia do innego świata. Dalej wozem nie pojadę, muszę liczyć na własne nogi. Moment zetknięcia gołej stopy z ziemią, to tak jakby odkryć na nowo prawo grawitacji. Każdy krok, podobnie jak elektrowstrząsy oczyszcza mój umysł. Natomiast, kiedy czuję pod stopami trawę, ogarnia mnie błogi spokój. Trawa daje poczucie przynależności, przywołuje wspomnienia. Kiedy trafiam do swojego mieszkania, nie widząc znajomych kątów, dotykiem docieram w pożądane miejsca. Dopiero teraz czuję nierówną podłogę i niezgrabne wejście do kuchni, w której dominują zbuntowane półki. Zgrzebność kuchni rekompensuje feeria smaków. Co zrobić, kiedy jemy oczami, a ich nie ma? Pozostaje zaufać instynktowi smaku. Sól, która dotychczas dominowała, wygrzewa półkę czekając na czas, kiedy z boiska zejdzie papryka, która pręży swoje policzki czerwieniąc się przy podaniu ogórka. Imbir, miód i cytryna to członkowie ekipy, która nigdy mnie nie zawodzi. Z nimi sobie pozwalam na karne rzuty. Makaron, który do tej pory był dzielnym towarzyszem sosów, teraz dostaje czerwoną kartkę za brak al dente. Niezawodny razowiec, rano i wieczorem czyni honory. Jego spulchnione i dobrze zakwaszone ciasto, odblokowuje każdy centymetr moich kubków smakowych. W towarzystwie pomidora rozgrywa ostatnie sekundy dogrywki. Mój dominujący zmysł, jak się okazało był jednym z wielu. Tracąc jeden, zyskuje drugi. Taka kompensacja jest najlepszym bramkarzem życia.
Kate…

Jesteś wyjątkowym człowiekiem Kasiu…tekst, który właśnie przeczytałam uświadomił mi, że widzieć można nie tylko oczami…właściwie to wiedziałam o tym zawsze ale zapomniałam o tym.
Dziękuję, że pojawiłaś się na mojej drodze życia i to bardzo w odpowiednim momencie!!!
Zostań jak najdłużej proszę.