Mimo…chodem

31.07.2025

Czasami tak mamy, że coś powiemy czy zrobimy mimochodem. Mimo, że nie chcieliśmy i mimo, że nie wiedzieliśmy, że to robimy czy mówimy. A jednak. Nie inaczej było wtedy. Deszcz padał, pomimo że zapowiadali rozpogodzenie. Umówili się między kinem a ich ulubioną kawiarnią. Ona ubrała szary kombinezon przewiązując szyję czerwoną chustą, jak w tych obrazach, co to wyrazisty kolor dodaje animuszu. On jak zwykle dżinsy i koszulka polo. Stali oboje pod drzewem, czekając, aż deszcz przestanie padać. Zerkali na siebie ukradkiem. jakby każde spojrzenie kosztowało fortunę, której nie mieli. Rozmawiali o pracy, o tym i o tamtym. Tak zwykle bywa, kiedy stoi się pod drzewem, czekając. Potem, kiedy już deszcz nie był wymówką do koncentrowania się na zdaniach, siedzieli w kawiarni mieszając już zbyt długo kawę, której kolor wyblakł od ilości wirów darowanych przez łyżkę. Ludzie wchodzili, wychodzili, zamawiali. Cukier aż pływał na powierzchni każdego paragonu i kart, które muśnięciem dawały znać o swojej zasobności. Dla obserwatora, który karmi się gestami, spojrzeniami, pauzami w zdaniu, kawiarnia jest jak akwarium pełne kolorowych rybek, które czasami pożerają siebie nawzajem. Nasza para była pod tym względem obiektem niezwykłym, w którym czuło się napięcie, czegoś co było na wskroś kończącym etap, coś na podobieństwo Tour de France- finisz, ale bez medalu i głośnych fanfarów, stanowiących o wygranej. Kiedy już powiedziała, że z nim zrywa, zaczął się potok pytań co zrobił źle, czym ją rozgniewał. Odpowiadając mu, że nie ten czas, nie ta pora, mimochodem powiedziała że ma kogoś, kogoś kto nie słodzi tyle co on.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *