Spotkanie

15.04.2025

Na skraju polany, gdzie krajobraz budził zachwyt a kolor drzew, ptaków był nieokiełznany, żyła rodzina uprawiająca nic nierobienie.  Zarządzili, że praca nie tylko nie pozwala człowiekowi cieszyć się życiem, ale wprost utrudnia podejmowanie mądrych decyzji. Korzystali więc z plonów ziemi, ale tylko spontanicznie wyhodowanych, bez celowości działania. Pili wodę z pobliskiej rzeki, chodzili na spacery, codziennie rozpalali ognisko. Lata mijały, a ich rytuały, choć oni ich tak nie nazywali, były takie same. Rodzice zdążyli się zestarzeć, dzieci bez zbędnego bagażu wiedzy szkolnej były już dorosłe powielając zachowania rodziców. Moment zwrotny przyszedł wraz z nastaniem zimy. Ktoś zapukał do drzwi. Wszyscy oniemieli. Nigdy nikt nie trafił do tego miejsca. Kiedy pukanie usłyszeli po raz drugi, ojciec wstał marszcząc w grymasie swoją jowialną muskulaturę twarzy. Otworzył drzwi. Widok wywołał konsternację. Dawno nikogo takiego nie widział. Stał przed nim mężczyzna. Na oko około dwóch metrów, mocno zbudowany, opalony, miał kruczoczarne włosy, które zachodziły na szyję. Trzymał pod pachą książkę czyli rzecz w oczach pana domu niepotrzebną a nawet prowadzącą do zguby. To była jedna z dłuższych chwil jakie staruszek przeżył w zdumieniu. Odezwał się pierwszy pytaniem co gościa sprowadza. Mężczyzna odpowiedział, że zgubił się na spacerze. Wyjaśnił, że wszedł na ścieżkę odchodząc od grupy. Jego celem było poznanie nowych miejsc, jednak po chwili zorientował się, że kręci się w kółko. Trwało to dosyć długo, ale ze ścieżki zauważył w oddali dom do którego się udał. W taki sposób stał tam teraz, mając w oczach więcej pytań niż odpowiedzi. Rodzina nieprzyzwyczajona do gości z pewną nieśmiałością zaprosiła nieznajomego do środka. Jedyne, o co zapytał po wejściu, to jak stamtąd wrócić. Rodzina odpowiedzi nie miała. Nie oddalali się od domu dalej niż na kilometr. Nie znali drogi do cywilizacji a cywilizacja nie znała drogi do nich. Co począć z człowiekiem? Wyjście było jedno. Zaprowadzić go do miejsca skąd przyszedł. Zanim mu to zaproponowali, poczęstowali go rosołem z mleczu, który od dziesięcioleci królował na ich stole. Zjadł ze smakiem dziwiąc się przy każdej łyżce, jakim sposobem z tego kwiatka można zrobić tak wyborną zupę. Kiedy skończył, otworzył się kim jest i co robi. Słowa płynęły z niego jak w strumieniu podrasowanym deszczem.  Stanęło na tym, że jest naukowcem, który wnika w głąb DNA szukając białkowej odpowiedzi na katatonię. Termin katatonii nic im nie mówił. Ze wstydu jednak nie zapytali. Mężczyzna bardzo szczegółowo opowiadał o swoje pracy, przyznając w pewnej chwili, że jest też jego pasją. Po chwili zorientował się, że za dużo mówi, zapytał więc rodzinę co robią, czym się zajmują. Każdy popatrzył po sobie nie za bardzo wiedząc co powiedzieć. Uratował sytuację staruszek, który defensywnie zaczął deliberować nad tym jak są szczęśliwi nie znając niczego co mogłoby zakłócić ich spokój i jedność, którą przez lata wypracowali. Mocno akcentował ich niezależność i poczucie niczym niezmąconej radości. Po czym nastała cisza. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, kto kogo odwiedził naprawdę — naukowiec rodzinę, czy rodzina jego. W świecie, gdzie jedni gubią się, by odnaleźć prawdę, a drudzy trwają, by nie zgubić siebie, może właśnie spotkanie było odpowiedzią. Może nie trzeba wybierać między pracą a bezruchem, między wiedzą a spokojem — może chodzi o to, by czasem usiąść razem przy stole i posłuchać. Nie siebie — życia.

Kate…

Podobne wpisy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *